Strona główna>Publikacje>Sondażowa polityka
Sondażowa polityka

Wszechstronnego rozpoznania i stałego monitoringu opinii obywateli nie sposób dokonywać poprzez najprostsze sondaże, polegające na zbieraniu rutynowych deklaracji respondentów, na jaką partie oddaliby swe głosy, gdyby wybory odbywały się w najbliższą niedzielę.

Nie brak osób przekonanych, że gdyby nie niekorzystne sondaże, to dałoby się uniknąć wielu przykrych dla rządzących konsekwencji. Tracący w sondażach uważają, że gdyby ludzi nie bombardowano niekorzystnymi informacjami, to nie uruchamiałaby się spadkowa spirala ich notowań. Sondażom przypisuje się też udział w "konstruowaniu" poparcia dla niektórych ugrupowań politycznych.

Niezależnie od częściowej zasadności takiego myślenia, należy przede wszystkim zauważyć, że myli ono przyczyny ze skutkami. Prawdziwą przyczyną spadku notowań rządu, premiera, partii koalicyjnych jest niesatysfakcjonujący obywateli sposób ich funkcjonowania. Obciążanie sondaży winą za niskie notowania, to tak jak wyrażanie pretensji do termometru, że wskazuje podwyższoną temperaturę.

Przedmiotem publicznego zainteresowania są przede wszystkim miejsca w rankingu partii i ich liderów oraz notowania rządu, premiera, ważniejszych ministrów. Zainteresowanie wzbudzają też przetasowania w publikowanych rankingach. Znacznie mniej emocji budzą notowania stabilne, nawet jeśli są wyjątkowo wysokie. Największe jednak emocje wywołują wyniki niezwykłe, zaskakujące, o dużym potencjale interpretacyjnym, jak np. w przypadku "nokautu" klasy politycznej w wykonaniu Jolanty Kwaśniewskiej w ramach jednej z pierwszych przymiarek do prezydenckiej elekcji.

Mistrzowie wagi ciężkiej

Kiedy przedmiotem społecznych ocen jest rząd, prezydent czy premier, sondaże diagnozują "polityczny stan zdrowia". W przypadku notowań preferencji partyjnych suma wskazań zawsze wynosi 100 procent, chociaż zmieniają się udziały poszczególnych partii w puli możliwych do zdobycia głosów i ich miejsca w rankingu.

Przez pewien czas po wyborach liderami rankingów są zwykle ugrupowania rządzące. Pogarszające się notowania rządu i premiera, szczególnie jeśli jest on jednocześnie szefem partii, "ciągną w dół" partię sprawującą władzę. Z czasem rządzący zostają zdystansowani przez ugrupowania opozycyjne, co stanowi zapowiedź zmian na scenie politycznej po kolejnych wyborach. Ugrupowania rządzące, chcąc się bronić przed marginalizacją, mogą decydować się na zmianę niepopularnego rządu albo próbować "odciąć się" od niego (co np. uczynili założyciele SdPl).

Oprócz rywalizacji rządzący - opozycja ma miejsce także ostra rywalizacja w obozie ugrupowań opozycyjnych. Stawką jest pozycja "lidera opozycji", który - niczym mistrz kategorii w boksie zawodowym - może wskazać swego głównego przeciwnika. Korzystając z takiego przywileju, Platforma Obywatelska odstawiła na bok ciągle jeszcze rządzący SLD, wyznaczając na swego przeciwnika Samoobronę. Tego typu wskazanie, co oczywiste, dodatkowo dodało skrzydeł Samoobronie, legitymizując ją w roli pretendenta do zwycięstwa w wyborach.

Uruchomiona galopada brzemiennych w skutki politycznych zdarzeń powodowana była reakcjami na wyniki sondaży. Liderzy PO wyzwanie na pojedynek Samoobrony tłumaczyli "ruchem wyprzedzającym". Liderzy SdPl swoje decyzje uzasadniali gwałtownie spadającym poparciem dla SLD i chęcią zatrzymania odpływu elektoratu do Samoobrony i PO.

Wnikliwa analiza danych sondażowych pozwala widzieć "dużo więcej", niż wynika to tylko z prostych rozkładów procentowych. Ale czy na tyle więcej, aby na podstawie analizy tego, co było (sondaż jest z zasady opisem rzeczywistości sprzed kilku dni, a nawet tygodni), można było odpowiedzialnie wnioskować, jak kształtować się będą kolejne ruchy na scenie politycznej i jakie będą im towarzyszyć reakcje społeczne? Nie ma żadnych racjonalnych powodów do przeceniania znaczenia sondaży politycznych. Uzasadnione wydają się być obawy wielu teoretyków, że "sondażowa dyktatura" może wręcz szkodzić demokracji.

Rządzący nie powinni być obojętni na kwestie swej popularności, powinni interesować się rozkładem społecznego poparcia dla podejmowanych działań, bo na dłuższą metę nie da się w warunkach demokracji realizować jakiejkolwiek polityki wbrew społecznym oczekiwaniom. Ale nie powinni być ubezwłasnowolnieni ciągłymi obawami o to, jak podejmowane przez nich działania skutkować będą w kolejnych sondażach. Wartościami w demokracji są zarówno wyborcza legitymizacja rządzenia i kadencyjność władz, jak i społeczna akceptacja realizowanej polityki, ale niekoniecznie powszechna i niekoniecznie permanentna.

Instrument walki politycznej

Zamawiającym sondaże mediom chodzi przede wszystkim o "interesujący wynik", mniej o wiedzę o opinii badanych uzasadniających przyczyny zmian politycznych preferencji. W ten sposób publikowane wyniki każdego kolejnego sondażu, szczególnie w okresach gorączki politycznej, oczekiwane są niczym wyrok. Jeśli publikacje te poprzedzają obrady jakichś partyjnych gremiów decyzyjnych, nierzadko w ich wyniku trzęsą się posady, a niekiedy i lecą głowy. Z dobrodziejstwa sondaży korzystał Leszek Miller, wysyłając (zresztą nieskutecznie) premiera Buzka na wcześniejszą emeryturę i z tej samej broni zginął, ostrzeliwany ostatnio przede wszystkim z własnych szeregów.

W sytuacji, gdy polityka nabiera przyśpieszenia, sensacyjność sondaży staje się ich zmorą. Komunikaty o notowaniach nie nadążają za zmianami politycznej rzeczywistości. Obserwatorów przestaje interesować to, co było wczoraj, i pytają, co będzie jutro. Okresowo ważniejsze od rzeczywistych faktów stają się fakty medialne. W takiej atmosferze zdarza się, że sondaże przestają ilustrować rzeczywistość i same stają się narzędziem konstruowania medialnych faktów.

Sondaże polityczne (sposób zadawania pytań, czas i sposób prezentacji i interpretacji wyników) nie są obojętne dla przebiegu procesów politycznych. Uzasadnione więc jest podejrzenie, że sondaże mogą być instrumentem w walce politycznej, nawet wtedy, kiedy wykonane są zgodnie z obowiązującym rzemiosłem badawczym.

Ale przecież nie zawsze problemem jest tylko kontekst, w jakim funkcjonują sondaże. Ma rację prof. Antoni Sułek, kiedy twierdzi, że na największy rezonans społeczny mogą liczyć sondaże wadliwe, wykonane z określonym, niekoniecznie zamierzonym błędem. Tak było m.in. w wypadku sondażu dotyczącego postrzegania Niemców jako ofiar II wojny światowej, czy w wypadku wspomnianego już wcześniej sondażu mierzącego gotowość głosowania na Jolantę Kwaśniewską w wyborach prezydenckich. Były to niewątpliwie hity sondażowe 2003 roku, dyskutowane publicznie przez wiele miesięcy.

Tak jest również obecnie, gdy pytania sondażowe nierzadko antycypują rzeczywistość, której nie ma. Zdarzyło się na przykład, że respondenci zdążyli już wypowiedzieć się przychylnie o partii złożonej nie tylko z uchodźców z SLD i Tomasza Nałęcza, ale i całej Unii Pracy, Unii Wolności z Władysławem Frasyniukiem i to jeszcze pobłogosławionej przez popularnego Aleksandra Kwaśniewskiego.

Sondażowa narkomania

W sytuacji, kiedy polityczny cel uświęca sondażowy środek, może wygrać na tym jakaś mała polityka, ale na pewno stracą na tym sondaże - obniża to ich wiarygodność i w konsekwencji znaczenie, jakie odgrywają w demokracji. Sojusz sondaży z polityką zawsze będzie szkodził sondażom. Chociażby dlatego, że polityka nie jest postrzegana jako sfera zachowań etycznych, a sondaż pozbawiony obiektywizmu traci rację bytu. Aby sondaż właściwie mierzył opinie i nastroje społeczne, musi być narzędziem przejrzystym, o jego nieskazitelności muszą być przekonani zarówno respondenci, jak i opinia publiczna. Nie wolno więc w imię bieżących interesów podważać społecznego zaufania do obiektywnych sondaży, bo dla swobodnego kształtowania się opinii publicznej, czyli dla efektywnej demokracji, są one niezbędne.

Chodzi tu zresztą nie tylko o politykę partyjną, ale także realizowaną przez różnego rodzaju "grupy interesu". Inicjatorami tego rodzaju działań bywają także media, by przywołać niesławne losy niedawnego rankingu "najbardziej znienawidzonych Polaków", zamówionego i opublikowanego przez prestiżowy tygodnik, a wykonanego przez agencję zrzeszoną w szanowanej już Organizacji Firm Badania Opinii i Rynku.

Problemem zasadniczym nie są jednak media, bo gdyby nie one, wiedza o preferencjach politycznych obywateli byłaby dostępna jedynie dla wtajemniczonych. Dziwi, że główni aktorzy sceny politycznej (politycy, partie, władze) swoją wiedzę o ocenie swoich dokonań czerpią także z wyników opłacanych przez media sondaży. Ograniczanie się jedynie do sondażowego źródła wiedzy skazuje polityków na wnioskowanie o efektach prowadzonych przez siebie działań tylko na podstawie skutków rejestrowanych w sondażach. Tu zapewne tkwi źródło narkotycznej zależności polityków od sondaży.

Współczesna polityka nie musi być skazana na metodę "prób i błędów" oraz intuicję przywódców. Potrzeby, oczekiwania czy preferencje obywateli daje się na bieżąco diagnozować, także w sposób wyprzedzający, czyli przed podejmowaniem niepewnych czy ryzykownych politycznie decyzji. Nie chodzi tu o postulowanie polityki zmierzającej do podejmowania jedynie oczekiwanych społecznie decyzji i unikania decyzji ryzykownych. Wręcz przeciwnie, szczególnie realizując politykę wyprzedzającą społeczne oczekiwania, czyli podejmowanie również decyzji niepopularnych, konieczne jest wszechstronne społeczne rozpoznanie i stały monitoring opinii obywateli.

Tego rodzaju wiedzy nie uzyskuje się jednak w wyniku najprostszych sondaży, polegających na zbieraniu rutynowych deklaracji respondentów, na jaką partie oddaliby swe głosy, gdyby wybory odbywały się w najbliższą niedzielę.

Igrzyska to nie wszystko

Wyraźnie widać, że politycy nauczyli się już korzystać z sondaży, aby wygrywać wybory, ale ciągle nie nabyli umiejętności korzystania z nich dla utrzymania zdobytej władzy. Nie potrafią skutecznie "pracować" ze swoim elektoratem, co skutkuje ciągłą zmiennością nazw i liderów partii politycznych, i przepływami elektoratu pomiędzy ugrupowaniami.

Najwyższy czas przestać koncentrować się na "politycznych igrzyskach" i zacząć interesować się społecznym zapleczem polityki, obywatelami w ich złożonych, nie tylko wyborczych rolach. Brak rodzimego kapitału ekonomicznego może zostać uzupełniony kapitałem zagranicznym, ale kapitału społecznego i kapitału politycznego nie da się zaimportować. Musimy zadbać o niego sami.

Brak zaplecza organizacyjno-finansowego do realizowania pogłębionych badań powoduje siłą rzeczy wyolbrzymianie znaczenia sondaży politycznych. Nie sprzyja to przede wszystkim samym sondażom. W takiej atmosferze uwaga publiczna koncentruje się na ograniczeniach metody sondażowej (np. różnicach, jakie występują między wynikami poszczególnych ośrodków) lub szukaniu pozamerytorycznych powodów uzyskiwania określonych wyników.

Dla przeciwdziałania instrumentalizacji sondaży politycznych potrzebny jest wysiłek wszystkich zainteresowanych: wykonawców sondaży odpowiedzialnych za ich poprawność, mediów zamawiających sondaże i odpowiedzialnych za sposób prezentacji wyników oraz polityków, będących zarówno przedmiotem sondażowych pomiarów, jak i odpowiedzialnych za warunki ich społecznego funkcjonowania.

Pozwólmy obywatelom rozeznać się w nowej sytuacji politycznej, dajmy im trochę czasu na zapoznanie się z nowymi ofertami i zapytajmy ich o opinie w chwili, gdy będą już je posiadali. Nadmierny pośpiech może sprawić, że zamiast fotografii wyraźnych, będziemy mieli zdjęcia poruszone, nieostre, a wiec nieprzydatne.