Wraz ze zbliżającym się terminem wejścia Polski do Unii Europejskiej pogarszają się opinie Polaków na temat Unii i opinie o skutkach dla Polski integracji europejskiej. Zapewne 1 maja 2004 roku, w dniu naszego przystąpienia do Unii Europejskiej, oprócz uczucia radości (zrealizowany zostanie ostatni wielki cel geopolityczny) towarzyszyć nam będzie niepewność i obawa o konsekwencje niedostatecznego przygotowania do członkostwa.
W przededniu przystąpienia racjonalniej patrzymy zarówno na sąsiadów z Unii Europejskiej, jak i na nasze możliwości współtworzenia z nimi wspólnoty europejskiej. Mamy już za sobą pierwsze przymiarki do unijnych negocjacji w sprawie funkcjonowania Unii. Nie są to doświadczenia specjalnie satysfakcjonujące. Broniąc twardo w Brukseli traktatu z Nicei, niby odnieśliśmy sukces, ale nie jesteśmy pewni, czy wygrywając bitwę, nie zmniejszyliśmy swoich szans na wygranie wojny.
Niepewni poczuli się przede wszystkim ci, którym integracja europejska kojarzyła się z pokojem, współpracą, solidarnością, niwelowaniem ekonomicznych i politycznych różnic. Zaskoczyła ich wojenna retoryka, język rywalizacji, dominacji, niebezpieczeństwo nowych podziałów prowadzących raczej do zwiększania aniżeli niwelowania różnic.
Mimo wszystko, jeśli nie europejski, to osiągnęliśmy (a przynajmniej tak się obecnie wydaje) sukces wewnętrzny. Stanowisko prezentowane w Brukseli przez polską delegację miało wsparcie całego parlamentu i zdecydowanej większości społeczeństwa. Postawa premiera (i ministra spraw zagranicznych) zasłużyła nawet na publiczną pochwałę liderów opozycji, w tym tej jednoznacznie prointegracyjnej (PO), jednoznacznie antyintegracyjnej (LPR) oraz (szczególnie dosadnie) tej prointegracyjnej inaczej (PiS).
Czy tego rodzaju konsensus powinien cieszyć? Czy postawa zajęta przez rząd była tak doskonała (i dalekowzroczna), że zasłużyła na zgodną pochwałę niemal wszystkich?
Dla przeciętnego obserwatora stało się jasne, że jesteśmy zdolni do przeciwstawienia się najsilniejszym, Francji i Niemcom (i zdecydowanej większości popierających je krajów zarówno starych, jak i nowych członków). Tym samym często podnoszone przed referendum obawy o utratę narodowej suwerenności, o decydowanie w polskich sprawach w Brukseli przestały być (przynajmniej na jakiś czas) aktualne. Nie tylko w sprawie Iraku, ale i w sprawie konstytucji europejskiej Polacy (wyjątkowo zgodnie) zaprezentowali własne, odrębne zdanie. Można powiedzieć, że heroiczna postawa polskiego premiera w Kopenhadze i ostatnio w Brukseli przyniosła "do wewnątrz" określony pożytek - wchodzimy do Unii Europejskiej ze wzmocnionym poczuciem własnej wartości.
Czy jednak budzenie narodowej dumy to najlepsza droga do budowania nowej tożsamości Polaków? Czy ten sposób budowania polskiej tożsamości (i to w chwili wchodzenia do UE) nie będzie odbywał się kosztem tożsamości europejskiej?
Jak widać, w opisie naszych relacji z Unią Europejską ciągle funkcjonuje opozycja: my kontra Unia Europejska. Była ona zrozumiała i (przynajmniej częściowo) zasadna w okresie negocjacji warunków członkostwa, kiedy Unia Europejska była rzeczywiście stroną mogącą zapewnić nam lepsze lub gorsze warunki wejścia do wspólnoty. W sytuacji jednak przesądzonego członkostwa, kiedy negocjacje o przyszły kształt funkcjonowania Unii Europejskiej toczą się zasadniczo nie z Unią, ale miedzy poszczególnymi krajami członkowskimi w sprawie Unii, tamto przeciwstawienie nie wydaje się już stosowne.
Trudno nie odnieść wrażenia, że w publicznym dyskursie nadal nie zauważyliśmy tej fundamentalnej zmiany. A bez tego trudno nam będzie przyswoić sobie adekwatną perspektywę widzenia siebie (swojego miejsca i roli) w Unii Europejskiej.
Miejsce Polski na najbliższe lata zostało już określone. Nasza przyszłość będzie w zasadniczym stopniu zdeterminowana przynależnością do Unii Europejskiej. Do europejskiej rodziny wejdziemy "tacy, jacy jesteśmy" - wraz ze swoją przeszłością, wszystkimi nierozwiązanymi dotąd problemami i umiejętnościami dostosowania się do "europejskiej gry".
Na kształt Polski wpływamy przede wszystkim my sami (i zasadniczo nie zmieni się to po wejściu do UE), umiejąc lepiej lub gorzej korzystać z szans, jakie niesie integracja. Na kształt Unii jako jej członek będziemy mogli wpływać stosownie do posiadanego potencjału i w zależności od tzw. układu sił wśród 25 tworzących ją państw.
W obecnej sytuacji potrzebne jest nam przede wszystkim patrzenie do przodu, ale trudno jest podążać pewnym krokiem przed siebie, jeśli ocena dotąd przebytej drogi nie jest jednoznaczna.
Nie najgorzej udało nam się przed kilkunastu laty przestawić "historyczne zwrotnice" (byliśmy nie tylko pionierami, ale i wyznaczyliśmy wzór do naśladowania przez innych). Byliśmy konsekwentni w realizowaniu obranego kursu niezależnie od orientacji politycznej kolejnych rządów. Dawne podziały historyczne, dokuczliwie w polityce wewnętrznej, nie przeszkadzały zasadniczo w realizowaniu polityki zagranicznej. Do NATO Polskę wprowadzał rząd prawicowy (i postsolidarnościowy), misja wprowadzenie Polski do UE zaś przypadła w udziale rządowi lewicowemu (i postkomunistycznemu).
Droga, najpierw do NATO, a następnie do Unii Europejskiej, wykuwała się mozolnie przez wszystkie 14 lat transformacji. Ale prawd na temat bilansu polskiej transformacji jest w Polsce wiele i każda znajduje lepsze lub gorsze uzasadnienia oraz większą lub mniejszą liczbę zwolenników. Uderzająca jednak pozostaje różnica między oceną jej obiektywnych skutków (mierzonych twardymi wskaźnikami statystycznymi) a subiektywnym ich odczuwaniem przez większą część społeczeństwa (mierzonym miękkimi wskaźnikami opinii obywateli).
Dysproporcja między tymi ocenami jest w zasadzie zrozumiała (oczekiwania zwykle przewyższają to, co się osiąga, a głębokie i nagłe zmiany z zasady prowadzą do frustracji) niepokoić jednak musi jej skala. Jeśli bowiem rozwiązania, które okazały się korzystne dla kraju, są przez obywateli gremialnie kwestionowane, może otwierać to drogę do stosowania rozwiązań bardziej społecznie pożądanych, ale politycznie i ekonomicznie groźnych.
Innym niebezpieczeństwem jest pogłębiający się podział na zadowoloną z transformacji mniejszość i niezadowoloną większość (która swoje życiowe porażki nierzadko stara się usprawiedliwiać błędami czy wręcz złą wolą liderów politycznych). Powszechnie manifestowane niezadowolenie (traktowane jako fakt społeczny) jest istotnym czynnikiem ograniczającym potencjał rozwojowy kraju. Nie sposób nie przyznać, że droga przebyta od zakończenia PRL-u do czerwcowego referendum a sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej nie była specjalnie prosta i nie brakowało na niej groźnych incydentów i nie zawsze rozsądnych zachowań. Z perspektywy zadowalającego wyniku referendum (jeśli uznać je za historyczną cezurę) łatwo jest ulec pokusie rozgrzeszenia niedawnej przeszłości na zasadzie: może nie wszystko robiliśmy, jak trzeba, ale w najważniejszym momencie potrafiliśmy stanąć na wysokości zadania i nie zmarnowaliśmy wielkiej narodowej szansy. Trudno kwestionować niezaprzeczalne racje takiego rozumowania (na cóż bowiem zdałyby się poprawne jednostkowe zachowania, gdybyśmy podczas najważniejszej próby zawiedli?). Ale i niezbyt rozsądne byłoby ograniczać się jedynie do tego rodzaju pragmatycznych racji.
Warto na niedawne referendum spojrzeć jako na kolejne ważne narodowe doświadczenie, także bez różowych okularów referendalnego sukcesu na oczach. A z tej perspektywy patrząc, możemy dojść do wniosku, że osiągnięty w czerwcu 2003 roku wynik niekoniecznie potwierdza skuteczność wieloletnich wysiłków demokratyzacji kraju czy jest ukoronowaniem kilkunastoletniego procesu adaptacji Polaków do europejskich i unijnych reguł funkcjonowania. Równie dobrze (jeśli nie bardziej przekonująco) możemy go interpretować jako kolejne potwierdzenie skuteczności polskiego "pospolitego ruszenia", czyli dalszego trwania zachowań, które od wieków były dla nas specyficzne i niekoniecznie przynoszące nam chlubę.
Trudno jednak byłoby zaprzeczyć, że lepiej jednak umieć się mobilizować (choćby od czasu do czasu) i wygrywać, aniżeli nie dysponować nawet tego rodzaju walorami.
Zanim na dobre zapomnimy o stanie umysłów i atmosferze, jaka nam towarzyszyła przez wyjątkowo długie miesiące i tygodnie poprzedzające głosowanie (w tym także emocje, jakie towarzyszyły organizatorom referendum, których los polityczny bezpośrednio zależał od jego wyniku) warto raz jeszcze przypomnieć sobie, że nie był to bynajmniej czas fiesty, powszechnego entuzjazmu i pewności osiągnięcia oczekiwanego rezultatu.
A przecież trudno taką sytuację uznać za oczywistą. Polacy, aby w referendum potwierdzić swe (wydawać by się mogło, naturalne) przywiązanie do Europy, musieli dokonać niebywałego wręcz wysiłku, pokonać wiele oporów i lęków i nierzadko wykroczyć poza ramy indywidualnie postrzeganego interesu i zastąpienia go interesem wspólnym czy wręcz ekspediować swe integracyjne nadzieje na kolejne pokolenia.
Jednym słowem, osiągnięty wynik unijnego referendum nie był dla Polaków czymś oczywistym, z góry przesądzonym i bynajmniej nie przyszedł nam łatwo.
Warto też byłoby pamiętać, że osiągnięty w referendum wynik - to efekt nie tylko sumy indywidualnych kalkulacji milionów Polaków, ale także efekt zorganizowanego działania bardzo wielu zainteresowanych integracją struktur państwowych i obywatelskich. Prounijna mobilizacja może niezbyt efektowna, ale jednak okazała się wystarczająco efektywna. O jej sukcesie w dużej mierze zdecydowała swoista nieszablonowość, wielopodmiotowość, a niekiedy nawet słabość niektórych jej głównych uczestników. W tym sensie do referendalnego sukcesy przyczynił się zarówno sukces Leszka Millera z Kopenhagi (ten rzeczywisty i ten medialny), jak i słabość polityczna Leszka Millera (po rozpadzie koalicji i zapowiedzianym już rychłym upadku rządu) w okresie bezpośrednio poprzedzającym referendum.
W ten sposób problem referendum skutecznie uwolniony został od politycznego kontekstu. Dopiero wtedy wynik referendum stał się bezspornie problemem samych Polaków, a nie problemem SLD czy opozycyjnych partii (nie lekceważąc znaczenia także partyjnych działań w kampanii referendalnej).
Warto zauważyć, że wynik referendum to dość rzadki w naszym kraju przypadek skutecznego zrealizowania dalekosiężnego politycznego zamysłu. Władze państwa (konsekwentnie wszystkie kolejne rządy, niezależnie od barw politycznych) wyznaczyły sobie integracyjny cel i konsekwentnie przekonywały do niego obywateli. W tym sensie można powiedzieć, że wynik referendum jest nie tylko wyrazem (swobodnie manifestującej się) woli obywateli, ale także - poza innymi czynnikami - wynikiem skutecznej perswazji władzy, która przyniosła zamierzone efekty. Abstrahując od kunsztu tej perswazji (niejednokrotnie wiele można by jej zarzucić), już sam fakt konsekwencji rządzących (wieloletni okres negocjacji) i zasadniczej zgodności większości ugrupowań politycznych (ugrupowania antyunijne ujawniły się dopiero w ostatniej fazie i nie zdołały uzyskać większego społecznego poparcia) na pewno zasługuje na podkreślenie i uznanie.
Na polski sukces integracyjny złożyła się praca i zaangażowanie bardzo wielu osób i instytucji, których ani nie sposób wymienić, ani nawet próbować ocenić znaczenia działań nawet tych najważniejszych czy najbardziej pierwszoplanowych. Na pewno jednak jest to efekt konsekwentnej polityki polskich władz (czego nikt nie kwestionuje) i efekt szczególnego rodzaju determinacji obywateli.
W tego typu sytuacjach zwykle występuje tendencja do personifikowania sukcesu czy majoryzowania znaczenia działań najważniejszych w państwie osób i instytucji i tym samym niedoceniania znaczenia zachowań zwykłych obywateli. A przecież gdyby nie odpowiednie reakcje obywateli, nawet najlepsze inicjatywy na nic by się zdały. Aby jednak pożądane zachowania obywateli mogły się ujawnić, potrzebne były także odpowiednio stymulujące bodźce. W tym kontekście nie sposób nie podkreślić znaczącego wpływu oddziaływań hierarchii kościelnej i (szczególnie istotnego) osobistego zaangażowania polskiego papieża oraz wspomagającej kampanii referendalnej prowadzonej przez Prezydenta RP, najpopularniejszego od lat polskiego polityka.
W tym przypadku (a nie zawsze przecież tak jest) w osiągnięciu satysfakcjonującego rozstrzygnięcia zasadniczą rolę odegrała podmiotowość obywateli. O sukcesie referendalnym jednoznacznie zdecydowali obywatele. I co szczególnie istotne, zdecydowali nie wbrew władzy, ale zgodnie z jej oczekiwaniami. Na zachowania obywateli nie wpływano niedozwolonymi zabiegami formalnymi czy socjotechnicznymi (co skądinąd, w ograniczonym zakresie, zdarzyło się w niektórych krajach przystępujących obecnie do UE). Polacy rzeczywiście chcieli integracji i głosując w referendum za integracją zdecydowali o członkostwie Polski w Unii Europejskiej.
Podkreślany wcześniej wpływ władzy i instytucji administracji publicznej (a także trudnych do przecenienia instytucji pozarządowych) na zachowania obywateli podczas referendum nie może być w żadnym przypadku oceniany jako pejoratywny czy dysfunkcjonalny z punktu widzenia interesu społecznego. Wprawdzie w niektórych krajach wcześniej wstępujących do Unii Europejskiej ich rządy bardzo dbały o zachowanie maksymalnie równego dystansu między zwolennikami i przeciwnikami integracji (eliminując swoją obecność z dyskursu publicznego), ale ich przykład nie mógł z przyczyn oczywistych stanowić wzorca postępowania dla Polski. Nie był zresztą stosowany w żadnym z krajów obecnie przystępujących do Unii Europejskiej.
Nikt rozsądny w Polsce nie mógł oczekiwać, że integracja jako strategiczny cel władzy państwowej (konsekwentnie realizowany przez wszystkie po kolei legalnie powoływane rządy, prawicowe i lewicowe) może być nagle, wyłącznie z przyczyn konwencjonalnych, zawieszony na czas przygotowań do referendum, że władza w tym czasie będzie świadomie ukrywać swoje preferencje. Nie takie zresztą były (i są nadal) oczekiwania społeczne. Od rządzących Polacy oczekują jasnych deklaracji (co zamierzają?) oraz chcą, aby komunikowali je na bieżąco swoim wyborcom wraz z niezbędnym ich uzasadnieniem.
O wyniku polskiego referendum niekiedy mówi się, że był on nadzwyczajnie dobry. Tak naprawdę był on jedynie nieco lepszy od oczekiwanego (a oczekiwania, jak pamiętamy, nie były zbyt wygórowane). Najważniejsze jednak, że był to wynik wystarczający do całkowicie społecznie legitymizowanego wejścia Polski do Unii Europejskiej.
Przypomnijmy zatem, że w unijnym referendum 7 i 8 czerwca wzięło udział 58,85% uprawnionych do głosowania Polaków. Zgodnie z powszechnie wyrażanymi ocenami frekwencja była zaskakująco wysoka (we wcześniejszych referendach oraz w większości wyborów, które odbywały się po 1991 roku, wynosiła zwykle poniżej 50%). Za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej opowiedziało się 77,45% głosujących. Ten wynik został również uznany za satysfakcjonujący. Zarówno udział w referendum, jak i sposób głosowania były zróżnicowane. W referendum wzięło udział tylko niewiele ponad 50% mieszkańców wsi, czyli znacznie mniej niż mieszkańców miast (zaledwie powyżej 50-procentowego progu frekwencyjnego). Na wsi były także najgorsze proporcje głosów: 70,8% za przystąpieniem i 29,2% przeciw (w miastach do 50 tys. mieszkańców proporcje te wynosiły odpowiednio 83,8% i 16,2%, zaś w miastach liczących powyżej 51 tys. 86,1% i 13,9%). Tak więc w każdym przypadku poparcie ludności wiejskiej dla integracji z Unią Europejską było mniejsze co najmniej o 10 punktów procentowych.
Wystąpiły też znaczące różnice między regionami. Najwyższą frekwencję odnotowano w woj. pomorskim (62,8%), śląskim (61,4%) i dolnośląskim (60,2%), zaś najwyższe wskaźniki poparcia dla integracji w woj. opolskim (84,9%), śląskim i zachodniopomorskim (po 84,5%) oraz w lubuskim (84%). Najmniej obywateli przystąpiło do referendum w woj. świętokrzyskim (52,1%), podlaskim (52,7%) i opolskim (54,6%), a najniższe wskaźniki poparcia odnotowano w województwach ściany wschodniej: lubelskim (36,7%), podlaskim (31,4%) i podkarpackim (29,9%).
Na mapie gmin z naniesionymi wynikami referendum da się bez trudu odczytać dawne granice państwa i granice dawnych zaborów. Przy czym w ponad 300 gminach i w 10 powiatach osiągnięto wynik niekorzystny tam więcej niż połowa głosowała przeciw integracji. Wszędzie oddalenie od miasta sprzyjało zmniejszaniu sił poparcia dla wejścia Polski do Unii Europejskiej. O skali różnic niech świadczą ekstremalne wyniki: w zachodniej gminie Gozdnica (w woj. lubuskim), w której za akcesja głosowało 92% mieszkańców, natomiast we wschodniej gminie Godziszów (w woj. lubelskim), w której przeciwko integracji było 88% głosujących.
Tak więc, aby nie popadać w nieuzasadnioną euforię, warto byłoby nie zapominać, że na terenie naszego kraju jest wiele obszarów, których mieszkańcy powiedzieli integracji z Unią Europejską zdecydowane nie i gdzie w konsekwencji procesy integracyjne mogą mieć trudniejszy niż przeciętnie przebieg.
Warto też pamiętać, że nasze głosowanie za Unią Europejską nie miało bynajmniej charakteru powszechnego. Nie wszyscy biorący udział w referendum głosowali za Unią i nie wszyscy przekonani do Unii pofatygowali się na referendum. Jeśli siłę społecznego poparcia do integracji mierzyć odsetkiem aktywnych zwolenników (tzn. przekonanych do Unii i głosujących za wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej), to ? jak pokazały wyniki referendum ? nie stanowi? oni bynajmniej większości uprawnionych do głosowania; dopiero z nieaktywnymi zwolennikami (którzy nie wzięli udziału w referendum) stanowił przekonującą większość, zaś "większość formalną" (wypełniającą konstytucyjny 50-procentowy próg frekwencyjny) stanowią wraz z aktywnymi przeciwnikami integracji (głosującymi w referendum przeciw).
Jeśli jeszcze do tego dodamy, że wielu Polaków głosowało za integracją w sposób warunkowy (głosowali za, ale nie bez obaw i bez pełnego przekonania), to przyjdzie nam zgodzić się z poglądem o znacznej różnorodności ujawnionych podczas referendum postaw wobec integracji.
Po referendum były więc bezsporne powody do zadowolenia, ale przesłanek do zawrotu głowy bynajmniej nie było. Referendalni zwycięscy nie mieli nawet specjalnej okazji do świętowania, przytłoczeni natłokiem spraw i problemów, których załatwienie (czy ujawnienie) przekładano na "po referendum", aby nie psuć i tak niezbyt dobrego społecznego samopoczucia.
Powodów do entuzjazmu nie ma obecnie, w przededniu wejścia Polski do Unii. Im dalej od referendum, tym bardziej pogarszają się nastroje społeczne związane z integracją. Wprawdzie nadal zdecydowana większość Polaków popiera integrację (chociaż już znacząco słabiej niż w czerwcu 2003 roku), ale systematycznie spada liczba przekonanych o dobrych konsekwencjach tego procesu dla Polski. Obecnie już dość wyraźnie przeważają zwolennicy tezy, że Polska na integracji więcej straci, niż zyska, nad twierdzącymi odwrotnie (że Polska więcej zyska, niż straci).
Powody tej niedobrej sytuacji są zapewne wielorakie. Z jednej strony są one wynikiem wzrastającej dezorientacji społecznej co do następstw członkostwa, wynikającej raczej z zastopowania działań informacyjnych administracji, mediów i organizacji pozarządowych niż ze sprzeciwu wobec tego procesu. Jak po każdym pospolitym ruszeniu nastąpiła głęboka (zdecydowanie zbyt głęboka!) demobilizacja.
Z drugiej strony mamy do czynienia z procesem urealnienia postaw Polaków wobec integracji. Sytuacja referendalna wymagała zachowań zerojedynkowych (bycia za albo przeciw), decyzje zaś o popieraniu integracji wymuszały eliminowanie argumentów przeciwnych (aby samemu uniknął dysonansu poznawczego i aby nie wzmacniać argumentacji przeciwników). Po referendum nie ma już tego rodzaju przymusu, można więc sobie pozwolić nie tylko na większą różnorodność opinii, ale nawet na określoną fluktuację postaw wobec integracji.
Wreszcie zbliżająca się data integracji i wzrost świadomości jej nieuchronnych skutków (szczególnie w sytuacji ograniczonej wiary obywateli w należyte przygotowanie się naszego kraju do integracji) sprzyjają narastaniu postaw niepewności, a niekiedy nawet zwątpienia.
Nie bez znaczenia są zapewne także docierające do obywateli relacje z toczącego się sporu o przyszły kształt organizacyjny Unii Europejskiej. Zajęte przez Polskę pryncypialne stanowisko (wyrażone dobitnie hasłem "Nicea albo śmierć" i brak realnych możliwości jego przeforsowania (możemy jedynie, przez jakiś czas, blokować rozwiązania alternatywne) - także nie sprzyjają upowszechnianiu się integracyjnych nadziei.
Referendum unijne pozostanie zapewne ważną cezurą w dziejach naszego narodu. Zasadniczo zakończyło ono wieloletni okres ubiegania się o członkostwo i ostatecznie przesądziło o integracji Polski z Unią Europejską, dokumentując wybór zachodniego kierunku rozwoju.
Długo jeszcze przyjdzie nam zastanawiać się na przyczynami takich, a nie innych zachowań referendalnych Polaków. Wskazywanie na pojedyncze przyczyny (np. skuteczność apelu papieża i listu do wiernych Episkopatu Polski) zwykle prowadzi do nieuprawnionych wniosków. Widać to chociażby na przykładzie wyników referendum w dwu przywołanych wcześniej gminach, Gozdnicy i Godziszowie, gdzie papieskie hasło "od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej" zasadniczo inaczej zadziałało na społecznie nieskonsolidowanych ziemiach odzyskanych i na społecznie zintegrowanej Lubelszczyźnie.
Niezależnie od występujących różnic można powiedzieć, że podczas referendum Polacy dokonali czegoś w rodzaju "świadomego wykroku" - wykonania ponadstandardowego, dodatkowego gestu, działania w kierunku europejskich standardów państwa i europejskich standardów życia obywateli.
Sytuacja po referendum nie okazała się specjalnie łaskawa dla referendalnych zwycięzców ? zanim zdążyli posmakować owoców integracji, już zostali (niejako prewencyjnie) poddani "schłodzeniu" oczekiwań. A przed nami dopiero okres najtrudniejszy, związany z ujawnieniem się koniecznych konsekwencji integracji (w tym różnego rodzaju regulacji cen i innych zdarzeń mających bezpośredni wpływ na codzienne warunki życia obywateli). Wtedy też ostatecznie ujawnią się wszystkie niedoskonałości naszego (dokonywanego pośpiesznie i na ostatnią chwilę) procesu dostosowawczego i wszystkie ich możliwe skutki.
Wejście w struktury integracyjne było trudne dla obywateli wszystkich nowych członków, także tych z krajów najbogatszych (relatywnie mało różniących się od grupy krajów, do których przystępowały). Być może wcześniejsze "urealnienie oczekiwań", będące zasługą zarówno naszych władz (które nie gwarantują optymalnego wykonania na czas wszystkich zadań dostosowawczych), jak i zasługą mało przyjaznej postawy władz Unii i dotychczasowych jej 15 starych członków, pozwoli złagodzić skalę spodziewanej frustracji.
Do jednostkowego zadania, jakim było referendum akcesyjne, potrafiliśmy się skutecznie zmobilizować. Wykonywanie mozolnych zadań dostosowawczych, stanowiących na ogół złożone długookresowe procesy, idzie nam znacznie trudniej, ale - mimo niemałych problemów - systematycznie postępuje. Polacy, głosując w referendum za integracją, mieli świadomość swych niedoskonałości (zarówno w zakresie administracji i sprawnego zarządzania państwem, jak i zachowań społecznych), wierząc, że integracja "wymusi" zmiany na lepsze także w tych dziedzinach.
To, z czym sobie nie radzimy sami, miała załatwić Bruksela czy nasi urzędnicy pod skuteczniejszą niż polska kontrolą Brukseli.
Można powiedzieć, że mobilizowaliśmy się do referendum, korzystając ze sprawdzonego wzorca "pospolitego ruszenia" między innymi po to, aby w przyszłości już nigdy nie trzeba było z niego korzystać.
W tej chwili jesteśmy w sytuacji maturzysty, który nie miał radosnej studniówki, a czasu do integracyjnego egzaminu zostało już naprawdę niewiele. Problem jednak w tym, że (w odróżnieniu od maturzysty) nasz egzamin integracyjny będziemy zdawać zarówno przed majem 2004, jak i w kolejnych miesiącach i latach. Wszystkie porażki, jakie zanotujemy po drodze, musimy umieć jak najszybciej naprawić. Tyle przecież mamy do nadrobienia, że nie możemy sobie pozwolić na zbyt wiele sesji poprawkowych czy odkładanie ich terminów. Z Unii Europejskiej nikt nas wprawdzie nie wyrzuci za brak postępów, ale abyśmy potrafili być zadowoleni z integracji i potrafili o sobie mówić: "My, Unia Europejska", musimy umieć korzystać z integracji i tym samym odnieść integracyjny sukces.



Pentor S.A.